Bartosz Ulka
STRONA AUTORSKA
Perła Europy. Upadek - wybrane fragmenty
28-07-2010, 18:36:41
Wczesnym popołudniem pociąg osobowy, którym podążał w nieznane młody rekrut Fritz Braun, dotarł do Swinemünde na wyspie Usedom . Po krótkim postoju na tamtejszej stacji, ruszył dalej, by po dwóch kwadransach dotrzeć do malutkiej nadmorskiej miejscowości Zinnowitz. Była to dla Fritza stacja docelowa. Pożegnał krótkim: „Do widzenia” dwóch mężczyzn, którzy towarzyszyli mu przez całą drogę ze Stettina. Jeden z nich, zdeklarowany nazista, nieomal oburzył się na taką formę pożegnania, po czym sam odpowiedział głośno i dobitnie: „Heil Hitler, panie oficerze!”. Zupełnie ignorując jego zachowanie, Fritz ruszył z walizą w stronę wyjścia na peron malutkiego dworca Zinnowitz.
Dopiero po wyjściu z pociągu, poczuł powiew morskiego powietrza od północnej strony. W ciepły dzień było to bardzo miłe odczucie. Głębokim wdechem nabrał powietrza w nozdrza, po czym ruszył w stronę wyjścia dworcowego, przed którym stało kilka pojazdów cywilnych oraz jeden wojskowy łazik marki Stoewer. Za kierownicą siedział żołnierz, uważnie przyglądający się wychodzącym podróżnym. Na widok umundurowanej, dużej sylwetki młodego Fritza, wyskoczył z pojazdu i podszedł szybkim krokiem. Był młody i sprawiał bardzo sympatyczne wrażenie.
– Heil Hitler! – pozdrowił go dynamicznym gestem. – Porucznik Fritz Braun, o ile się nie mylę?
– Tak jest! – odpowiedział Fritz, salutując spokojnie.
– Leutnant Patrick Knabe – ochoczo przedstawił się. – Jestem osobistym adiutantem pułkownika Waltera Dornbergera.
– Miło mi, panie poruczniku – odpowiedział Fritz. – Rozumiem, że zabierze mnie pan prosto do pułkownika? Miałem się do niego zgłosić.
– Jasne. Proszę za mną.
__________________________________________________________________________________
Wizyta w siedzibie Geheime Staatspolizei przy Grüne Schanze, wzbudzała poczucie strachu i niepewności u Emmy Brandt i jej matki. Udały się tam późnym popołudniem, spoglądając sobie po drodze od czasu do czasu w oczy, dla dodania otuchy. Trzymały się pod ręce i obie czuły, że napięcie rośnie coraz bardziej z każdym krokiem. Szanse na uzyskanie jakiegokolwiek wyjaśnienia ze strony gestapo były znikome i obie wiedziały o tym doskonale. Gestapo mogło zrobić z każdym człowiekiem co chciało, a w wypadku ich męża i ojca, miało oczywisty powód do aresztowania, którym była jego nielegalna działalność kaznodziejska.
Po wejściu do budynku policji, skierowały się do okienka stróżówki, w której siedział umundurowany esesman. Gdy oznajmiły, że przyszły w sprawie członka rodziny, kazał im udać się do pokoju numer 17 na pierwszym piętrze. Tam przywitał ich człowiek w cywilu, skupiony wyraźnie na pracy nad stertą papierów, umieszczoną na biurku. Na widok pięknej młodej dziewczyny i jej matki, odsunął się jednak od biurka i spojrzał na nie uważnie.
– Panie w jakiej sprawie?
– Jesteśmy najbliższą rodziną Otto Brandta – grzeczność matki była wymuszona strachem. – Dzisiaj został aresztowany... Chciałyśmy spytać...
– Otto Brandt – wszedł jej w słowo gestapowiec – Hmm, zastanówmy się.
Skierował wzrok na papiery, które leżały na jego biurku. Przewrócił kilka teczek i po krótkiej analizie znalazł jakiś dokument formatu A5. Podniósł ową kartkę ostentacyjnie do oczu i zacytował zapisana na niej treść:
– Obywatel Otto Brandt, zamieszkały, i tak dalej… – tu pominął większość szczegółów, po czym odczytał meritum – zostaje zatrzymany na czas nieokreślony celem przesłuchania, jako podejrzany o działalność antyniemiecką.
Emma z bólem przyjęła spodziewaną wcześniej wiadomość, po czym spojrzała na matkę. W jej oczach szkliły się łezki, a usta drżały ze strachu. Prawdopodobnie nie mogła wydusić z siebie żadnego słowa.
– Czy możemy się zobaczyć z tatą? – spytała z obawą.
– Nie sądzę – odpowiedział z bezczelnym spokojem gestapowiec. – Dopóki nie ustalimy jego winy, widzenie jest niemożliwe.
__________________________________________________________________________________
Komoda w pokoju na piętrze, który udostępniła Jankowi Inga, idealnie nadawała się na kryjówkę. Tylna ścianka miała dodatkowe obicie, w którym doskonale mieściły się drobiazgi w postaci klisz fotograficznych i drobnych notatek. Janek czuł się spełniony. Miał obszerną dokumentację, której oczekiwał od niego Antoni Matejczak w Warszawie. Było jeszcze wiele do zrobienia, ale musiał wracać z dwóch powodów: pierwszy z nich to usilne prośby ojca i materiały, które ojciec z przerażeniem ukrył na terenie gospodarstwa, a druga to konieczność przekazania wszystkiego, co zdobył Antoniemu Matejczakowi.
Czas było więc spakować ostatnie rzeczy i najważniejsze co miał – zebrane materiały. Robił to bardzo pospiesznie, aby żadna z domowniczek nie odkryła tajnej części jego walizki. Żałował tylko jednego, rozstania z Alex. Chwile spędzone z nią nie miały sobie równych w jego dotychczasowym życiu. Bał się nawet pożegnania, wiedział, że będzie przepełnione smutkiem. W tym momencie od drzwi usłyszał pukanie.
– Janek, jesteś?
O wilku mowa – pomyślał i otworzył drzwi, zamykając uprzednio walizkę. Stała w drzwiach zasmucona.
– O której wychodzimy?
– My? –spytał. – Ty nigdzie nie idziesz.
– Jak to? Nie chcesz, żebym cię odprowadziła? – spytała z wyrzutem.
Moja kochana, jak ty mało o mnie wiesz. Tak mi przykro, że nie mogę powiedzieć ci całej prawdy! Gdyby nie daj Boże nakryli mnie z zawartością tej walizki w twojej obecności. Pieprzona wojna!
– Poradzę sobie. Nie chcę wylewać łez na dworcu. Wolę pożegnać się z tobą tutaj – skłamał.
– Ale dlaczego?
– Zrozum. Tak będzie lepiej – podszedł do niej – Kocham cię i nigdy nie przestanę. Pamiętaj.
__________________________________________________________________________________
W połowie listopada, gdy Janek już planował kolejny wyjazd do Stettina, wydarzyła się w gospodarstwie rodziców historia, która dwa tygodnie później miała przynieść okrutne konsekwencje i zmienić życie Konarskich raz na zawsze. Niespodziewanie, w dość chłodne popołudnie, na podwórku pojawił się krawiec Jose z Inowrocławia. Nie miał przy sobie dosłownie niczego, odziany jedynie w długi surdut i kaszkiet na głowie. Jego widok wywołał zdumienie wśród domowników. SS zamknęło mu zakład krawiecki jakieś pół roku wcześniej, więc na pewno nie pojawił się tu w interesach. Pierwsza dostrzegła go Pelagia, krzątająca się po domu i szykująca obiad. Niezwłocznie zawołała męża, który wyszedł na podwórko, aby spytać Jose co się stało. Janek, który też przebywał w domu i obserwował całe zajście nie miał najmniejszych wątpliwości, że Jose ucieka przed prześladowcami i poszukuje pomocy. Czemu przyszedł akurat do domostwa Konarskich? Może dlatego, że Walenty nigdy nie szczędził mu grosza i zlecał dużo prac krawieckich? A może po prostu miał go za dobrego człowieka? Na to pytanie nie było odpowiedzi.
Walenty zamienił z nim kilka słów na podwórku, po czym rozejrzał się nerwowo po okolicy i złapał go pod ramię, prowadząc w stronę domu. Janek zbiegł na dół do kuchni, aby sprawdzić, co się stało. Z bliska dopiero widać było, jak bardzo zdesperowany i wystraszony jest krawiec.
– Zabrali mi całą rodzinę… wywieźli na roboty… do obozu... Nie wiem co będzie… Mnie zostawili, ale dzisiaj znowu przyszli. Rano. Kazali się szykować, ale nagle odeszli, mówiąc, że zaraz wrócą. Wtedy uciekłem... Nie mam się gdzie podziać. Tylu tu dobrych ludzi, ale wszyscy boją się mi pomóc, bo jestem Żydem!
__________________________________________________________________________________
Po zejściu na parter biurowca, nie poszedł w kierunku drzwi wyjściowych, ale skręcił do lewego skrzydła budynku, gdzie na samym końcu znajdowały się stalowe nitowane drzwi. Przed nimi stał uzbrojony wachman, pilnujący wejścia. Na widok dyrektora wyprężył pierś i rzucił głośne: Heil Hitler! Karl otworzył własnym kluczem drzwi, za którymi dało się poczuć piwniczną wilgoć. Kręte schody prowadziły kilkanaście metrów w dół. Tu cywilizacyjne wykończenia ścian typu zaprawa murarska, farba i wykładzina nie miały miejsca. Ściany były z surowej cegły, a gdy kończyły się schody, oczom ukazywał się korytarzyk, który po kilku metrach łączył się z szerokim podziemnym tunelem, częściowo wykończonym zbrojonym betonem. Tutaj też było wyraźniej słychać rozkazy wachmanów rzucane przymusowym robotnikom, pracującym gdzieś w dalekim końcu tunelu. Karl wiedział, że prace trwają obecnie na północnym skrzydle tunelu, mającym łączyć wszystkie obiekty stoczniowe, zlokalizowane nad Odrą. On sam udał się w stronę przeciwną, podążając wzdłuż wąskich torów kolejowych, zlokalizowanych na środku tunelu. Był to rodzaj szyn wąskotorowych, służących przemysłowym celom logistycznym. Innym aspektem praktycznym były kwestie bezpieczeństwa i ewentualnej ewakuacji załogi stoczni.
Karl doskonale orientował się w rozmieszczeniu korytarzy i ich połączeniach. Ze względu na jego funkcję w największej stoczni miejskiej oraz wiedzę inżynierską, to właśnie on nadzorował regularnie rozbudowę tuneli w przemysłowej części nadodrzańskiej, która miała być docelowo całkowicie skomunikowana ze starymi tunelami Fortu Leopolda i resztą miasta. Pozostałe części podziemnych korytarzy nadzorowali na różnych odcinkach inni inżynierowie, których Karl doskonale znał. Szedł właśnie do jednego z nich, Josepha Volkina, pracującego w budynku rejencji. Dlaczego nie wybrał prostej drogi naziemnej? Może dlatego, że kartka, którą schował za pazuchą miała w czasie wojny wartość większą niż niejeden skarb. A może dlatego, że chciał jeszcze raz przyjrzeć się jakości podziemnych tuneli, wykonywanych w tej części bądź co bądź pod jego zwierzchnictwem.
__________________________________________________________________________________
Kapitan Grass sprawiał wrażenie bardzo sympatycznego, oczytanego i kulturalnego mężczyzny. Był wysoki, dość szczupły, miał drobne palce i równiutko przystrzyżone wąsiki. Można by rzec – inteligent. Na pewno świetnie pasował do wydziału wywiadowczego. Był też niesamowicie bezpośredni, co zdziwiło Fritza. Gestapowskie metody podejścia do ludzi najwyraźniej były mu zupełnie obce.
– Interesuje się panem gestapo, Braun – oznajmił po krótkim przywitaniu.
– W jakim sensie, jeśli wolno spytać, panie kapitanie?
- Nie mam pojęcia. Rozmawiałem z szefem placówki przy Grüne Schanze. Wypytywał o pana.
Oczywiście teraz obawy Fritza potwierdzały się. Ta świnia chciała sięgnąć po niego swoimi mackami, nawet tu.
– Jak pan sądzi, czego chcą od pana? – spytał kapitan z wprost niesamowitą kurtuazją.
– Nie mam pojęcia, panie kapitanie. Jakiś czas temu aresztowano ojca mojej dziewczyny, Emmy Brandt. Wiem, że to właśnie tam jest więziony.
– Z jakich powodów?
– Uhm… Politycznych oczywiście. Jest pastorem, kaznodzieją.
– Przystąpił do Kościoła Rzeszy?
– Nie. Należy do Kościoła Wyznającego. Przed wojną był blisko związany z seminarium Bohoeffera w Finkenwalde.
– Ach tak. Bonhoeffer. Nieprzejednany wyznawca Dietrich Bonhoeffer.
__________________________________________________________________________________
Gdy znaleźli się na parterze budynku, SAman otworzył piwniczne drzwi prowadzące pod ziemię. Początkowo poruszali się za wskazaniami pojawiającego się co kilka metrów napisu Lazaret. Po chwili odbili w lewo i maszerowali dalej szerokim, dobrze oświetlonym korytarzem z mniejszymi, bocznymi odnogami. Fritz był zszokowany tym widokiem i ogromem podziemi, o których istnieniu nie miał pojęcia.
- Czy to jest schron? – spytał swojego przewodnika.
- To tunel połączony ze schronami – odpowiedział tamten – Idziemy właśnie wzdłuż Keiser Wilhelm Strasse .
- Coś podobnego! A gdzie wyjście sektora drugiego?
- Przekona się pan – mundurowy był wyraźnie dumny z przechadzki.
Szli prosto jeszcze dobre 500 metrów, by nagle skręcić w prawo, jedną z mniejszych odnóg tunelu. Miejscami korytarz zwężał się i przeistaczał w ceglany tunel by po chwili przeciąć ponownie szerszą, betonową konstrukcję. Fritz próbował odgadnąć swoje położenie względem miasta, nie było to jednak możliwe w plątaninie tuneli. Zdumienie sięgnęło jednak zenitu, gdy mundurowy skierował się wreszcie w górę, krętymi schodami do pewnych drzwi. Po ich otwarciu, znaleźli się w piwnicy jakiegoś budynku, by po chwili wejść na parter.
- Jesteśmy w Ratuszu?! – spytał, rozglądając się uważnie po ścianach wewnętrznych.
- Zgadza się, panie poruczniku – odpowiedział wesoło mundurowy – Tu juz pana zostawię.
- Dziękuję. Heil Hitler – odparł Fritz, kręcąc z niedowierzaniem głową.
Był przy dużych, ciężkich drzwiach głównych Ratusza, przy Victoriaplatz . Niesamowite myślał pół śródmieścia pokonali podziemnym szlakiem. A jeszcze bardziej niezwykłe było to, że teraz mógł swobodnie udać się do kościoła przy Greifenstrasse, by odwiedzić księdza Alberta.
__________________________________________________________________________________
Na niebie i ziemi z każdym dniem pojawiały się kolejne oznaki wiosny. Gdzieniegdzie widać było zielonkawe kępki trawy, przypominające szczypiorek, a dni stawały się wyraźnie dłuższe. Dzięki temu pobudki na statku stawały się łatwiejsze. Na pokład i przez bulaje ciasnych kajut wnikało od brzasku przepełniające nadzieją światło. Nie była to nadzieja wielka, nadzieja wolności czy poprawy warunków życia. Mimo to każdy z więźniów Wohnschiffu wstawał teraz z nieco lepszym nastawieniem do ciężkiego, obozowego życia.
Po zwyczajowej kromce chleba na śniadanie zakrapianej kawopodobną lurą, ruszyli jak co dzień kolumną w kierunku fabryki. Nic nie zapowiadało niespodzianki, nawet wachmani byli dziś nadzwyczaj spokojni. Nie było żadnych porannych atrakcji, które od czasu do czasu miały wzbudzać jeszcze większy strach i poniżenie wśród więźniów. Ostatni pokaz jaki pamiętał Janek odbył się tydzień wcześniej, kiedy lagerführer postanowił zabawić się z samego rana zawodami pływackimi. W lodowatej wodzie rzeki Damanscher kilku wytypowanych nieszczęśników miało przepłynąć na dystansie 100 metrów przy akompaniamencie wachmanów, strzelających do wody. Całe „zawody” przetrwało jedynie trzech z nich. Reszta została wywieziona do lasu poza miasteczkiem i zakopana w zbiorowym grobie, który skrywał w sobie tajemnice niejednej zbrodni okolicznych obozów.
Tego typu pokazówki miały druzgoczący wpływ na wszystkich więźniów, ale też wszyscy zdążyli się już oswoić z myślą, że życie w tym miejscu, gdzie Bóg już dawno przestał zaglądać, ma inne znaczenie. Jesteś wart tyle, ile możesz wypracować dla fabryki. Jeśli pracować nie możesz – jesteś trupem. A jeśli komendant będzie miał zły dzień możesz stać się trupem, mimo najlepszych starań. Dlatego dzisiejszy dzień był na swój sposób udany, bo nie wydarzyło się nic złego na samym jego początku.
__________________________________________________________________________________
- Nazywam się Tyszke – mężczyzna przedstawił się grzecznie, widząc zjawiskowo piękną kobietę koło czterdziestki w drzwiach domu – Przychodzę w sprawie Johanna Konarskiego.
Inga nie była pewna, co odpowiedzieć, przybysz nie zapowiedział się wcześniej. Miał nienaganne maniery, był szczupły, dobrze ubrany, z wysokim czołem i cieniutkim wąsikiem. Jego nazwisko brzmiało z niemiecka. Ale czego mógł chcieć od Janka i od niej?
- Kim pan jest?
- Tak jak mówiłem, nazywam się Tyszke – odpowiedział podnosząc nieznacznie kapelusz z głowy – Czy możemy porozmawiać o tym w środku?
- Jest pan z policji? – jej głos zdradzał zdenerwowanie.
Gość zaprzeczył dyskretnym ruchem głowy.
- Proszę się nie obawiać. Jestem przyjacielem Antka Matejczaka z Warszawy. Prowadzę z kilkoma wspólnikami firmę w Stettinie.
Co prawda mówić każdy może i podawać się za kogo chce, lecz jeśli wiedział o jej znajomości z Matejczakami, to na pewno wiedział o pobytach Janka w jej domu. Nie było sensu oponować. Pozostawała jedynie ostrożność. Gdy zaprosiła go do środka, mężczyzna przysiadł przy stole i od razu przeszedł do rzeczy.
- Antek chce pomóc Jankowi – oznajmił wprost – Poprosił nas, byśmy zorganizowali mu pomoc.
- Nie rozumiem? – była coraz bardziej zaintrygowana – Jakich was? Jaką pomoc?
Tyszke uśmiechnął się wyrozumiale i nieśmiało spojrzał na nią. Wydawał się być nieco skrępowany jej nieprzeciętną urodą.
___________________________________________________________________________________
Niewielki dostawczy samochód piekarni „Matthias” z wymalowanym na bocznej ściance szyldem, przemierzał bardzo powoli ulicę Falkenwalder. Gdy znalazł się w okolicy domu z numerem 70, kierowca jeszcze bardziej zwolnił, przyglądając się sylwetce domu, a dokładnie niewielkiemu tarasowi, widocznemu z ulicy. Gdy zaobserwował podłużną doniczkę z białymi kwiatami, rozejrzał się ostrożnie i wnikliwie wokoło. Jego uwagę zwrócił natychmiast zaparkowany po przeciwnej stronie ulicy, dokładnie na wprost bramy wejściowej samochód osobowy z dwoma mężczyznami, palącymi papierosy. Jeden z nich spojrzał na niego od niechcenia, więc natychmiast udał, że nie dostrzegł mężczyzn i rozglądał się dalej, jakby w poszukiwaniu innego adresu, mijając ich powoli.
- Szlag by ich trafił! – zaklął do siebie i docisnął gazu, będąc w sporej odległości od domu z numerem 70. - Gestapo? Jak oni go namierzyli? Czemu nie wchodzą, zamiast siedzieć w aucie?
Po chwili irytacji, przyszedł czas na jedynie słuszną refleksję: No to psiakrew, jesteśmy w dupie.
__________________________________________________________________________________
Gdy przechodzili w pobliżu bramy ostatniej kamienicy przy Greiffenstrasse, żaden z nich nie dostrzegł przyczajonego wewnątrz Fritza Brauna, który uważnie przyglądał się młodemu księdzu, zdecydowanie młodszemu od Alberta. Nigdy wcześniej nie widział go w kościele, tym bardziej zastanawiała go ta postać. Gdy minęli bramę, wyjrzał w stronę auta zaparkowanego przy kościele. Wysiadł z niego rosły mężczyzna w kapeluszu i ruszył powoli śladem księży. Fritz jeszcze długą chwilę czekał, by wyjść z bramy niepostrzeżenie, tym bardziej, że w aucie pozostał drugi mężczyzna.
Ku swojemu zdumieniu, dostrzegł jeszcze jeden samochód, zaparkowany po przeciwległej stronie, daleko za pierwszym autem. Z niego również wysiadł jakiś mężczyzna i szybkim krokiem przeszedł na drugą stronę ulicy, podążając w ślad za Albertem, jego towarzyszem i ich prześladowcą. Co tu jest grane, do dia... ugryzł się w język Na Boga. Przeżegnał się spoglądając na sylwetkę krzyża na wieży kościoła, rozejrzał jeszcze raz wokoło i upewniwszy, że nikt więcej nie wybiera się w ślad za księżmi, ruszył również ich tropem.
__________________________________________________________________________________
13 czerwca do Peenemünde przyjechała ważna i oczekiwana delegacja z Berlina. W jej skład wchodził m. in. Minister zbrojeń Rzeszy Albert Speer oraz kilku oficerów SS wysłanych przez Himmlera. Około południa wszyscy jej członkowie w towarzystwie pułkownika Dormbergera oraz dyrektora von Brauna, zebrali się na specjalnie posadowionym podeście na skraju lasu, w najbardziej wysuniętej na północ części wyspy. W odległości około pół kilometra od nich ustawiony został ogromnych rozmiarów pocisk-rakieta, mierzący około ośmiu metrów. Wokół konstrukcji wspierającej kręciło się jeszcze kilkanaście osób załogi, dokonujących ostatnich przygotowań do startu. Na 20 minut przed planowanym odpaleniem, do rakiety podjechała cysterna, z której zatankowano zbiorniki z paliwem.
Większość uczestników miała ze sobą podręczne lornetki, przez które obserwowali cały proces przygotowawczy oraz podziwiali monstrualny pocisk. Obserwatorów o przebiegu prac informował inżynier startowy oraz sam von Braun, co jakiś czas dorzucając swój komentarz. Na jego twarzy rysowało się z minuty na minutę coraz większe napięcie. Zarówno minister Speer, jak i towarzyszący mu pułkownik Fromm z Berlina, uważnie wsłuchiwali się we wszystkie uwagi inżynierów oraz obserwowali z zainteresowaniem proces poprzedzający odpalenie.
__________________________________________________________________________________
Prałat Carl Lampert przyjeżdżał odprawić mszę świętą w Zinnowitz dość rzadko. Zawsze była to jednak okazja dla miejscowych księży, by zachęcić do udziału w niej mieszkańców okolicznych wiosek. Ktoś taki jak prałat Lampert, z silnym zacięciem teologicznym, z ogromną wiedzą filozoficzną i zawsze niezwykle trafnymi i ujmującymi kazaniami, budził duże zainteresowanie wśród lokalnej gawiedzi. I tym razem nie było inaczej. Dodatkowo na mszę niedzielną przyszło również sporo osób z okolicznych obozów pracy, których załogę stanowili w większości Polacy.
Do mszy posługiwał ksiądz Albert Mog, który przyjechał z prałatem rano ze Stettina, a w pierwszym rzędzie wśród licznie zgromadzonych siedziała Emma z Fritzem, który tym razem nie mógł opuścić bazy na weekend. Przyjazd Emmy był pomysłem Alberta, któremu z trudem udało się ją namówić na tę niespodziewaną wizytę. Martwiły go ich ostatnio nie najlepsze relacje i liczył, że wspólnie spędzony nad morzem dzień im pomoże – tak mało mieli okazji by być razem.
Po uroczystej mszy prałat z księdzem zostali na obiedzie w malutkiej plebanii kościoła, a młodzi udali się na plażę. W pobliskiej przytulnej restauracji z tarasem i widokiem na morze zjedli dorsza – najpopularniejszą rybę, jaką serwowano w małych nadmorskich miasteczkach z pieczonymi ziemniakami. Mimo pięknej pogody i otaczającego ich błogiego spokoju, Fritz cały czas odczuwał niewidzialny mur między nimi. Wiedział, że coś się zmieniło, nie chciał jednak dręczyć jej w taki dzień pytaniami, tym bardziej, że wcześniejsze próby kończyły się płaczem lub niedomówieniami. Jednak strach i obawa o nią nie dawały mu spokoju.
- Emma... Co się dzieje? – nie wytrzymał, gdy rozłożyli się wygodnie w wiklinowym koszu na plaży – Wiem, że nie chcesz o tym mówić, ale obawiam się, że tak dłużej nie dam rady. Niepokoi mnie od jakiegoś czasu twoje zachowanie i nie potrafię sobie z tym poradzić.
Emma wystawiła twarz z zamkniętymi oczami w stronę słońca, chłonąc promienie. Jej twarz pozostawała jednak pełna napięcia i smutku, a po jego pytaniu pojawił się na niej bolesny grymas.
__________________________________________________________________________________
Tym razem spotkanie było zorganizowane zupełnie naprędce, bez wcześniejszego ustalenia. Powodem był gość specjalny, który miał przybyć do mieszkania dyrektora technicznego stoczni Vulkan Karla Tischke, w towarzystwie członka zakonspirowanej organizacji komunistycznej, której właściwym organem przedwojennym była Komunistyczna Partia Niemiec . Wizytę tą poprzedził jeden tylko telefon od głównego inżyniera Rejencji Josepha Volkina, który oznajmił mu krótko, że chce go odwiedzić w sprawach zawodowych i pojawi się z ważnym gościem.
Karl długo zastanawiał się, czy postąpił słusznie, zgadzając się na przyjęcie tajemniczego gościa u siebie w domu, tym bardziej, że Gerta krzątała się po kuchni, przygotowując obiad. Gość mógł być persona non grata w Rzeszy, a on godził się na wizytę w jego prywatnym mieszkaniu. Czy Volkin postradał zmysły? Było to ostatnia wątpliwość jaka zapadła w jego głowie, gdy usłyszał głośne pukanie do drzwi. Gerta wybiegła z kuchni, lecz Karl ubiegł ją.
- Kochanie, to pewnie moi goście – oznajmił stanowczym tonem – Chciałbym porozmawiać z nimi na osobności.
Wesołe jak zwykle oblicze Gerty zrobiło się natychmiast ponure. Odwróciła się bez słowa i zniknęła za drzwiami kuchni.
Gość nie został mu przedstawiony przez inżyniera Volkina, wypowiadał się nadzwyczaj rzadko, a mówił z wyraźnie wschodnim akcentem. Karl od razu pomyślał, że był Rosjaninem. Toteż nie ukrywał swojego zdumienia, a nawet konsternacji z powodu wizyty w jego domu.
- Czy naprawdę konieczne było to spotkanie? – spytał jak tylko goście przekroczyli próg jego domu – To chyba nie jest zgodne z naszymi zasadami?
- Wybacz Karl – odpowiedział Volkin – Nasz gość jeszcze dziś wyjeżdża ze Stettina. Chciałem aby osobiście przedstawił ci swoją prośbę.
W jego obliczu było coś obcego, innego niż zwykle. Przez chwile Karl pomyślał, że Volkin może być przytłoczony rangą gościa, lub niekomfortowym, źle przygotowanym spotkaniem. Zignorował jednak ostatecznie odmieniony wizerunek przyjaciela i kolegi z tajnej KPD. Domniemany Rosjanin nie owijał w bawełnę...
__________________________________________________________________________________
- Życzę ci powodzenia, chłopcze – Leon pierwszy raz uśmiechnął się tego dnia – A przy okazji, twoje materiały i w ogóle twoja praca okazały się bardzo przydatne. Dobra robota. Trzymaj się.
Janek nie mógł uwierzyć, że zostawia go tak po prostu, w środku miasta na dworcu, bez dokumentów. Wystarczyła przypadkowa kontrola, których nie brakowało w mieście i zostanie aresztowany.
- Zostawia mnie pan?! – spytał, przekrzykując dworcowy szum.
- Będziemy cię obserwować. Czekaj na kontakt.
- Jak go rozpoznam?!
- To on rozpozna ciebie. Pamiętaj o zapałkach – były to ostatnie słowa, jakie usłyszał od Leona, który błyskawicznie wmieszał się w tłum pasażerów.
Kolejne kwadranse dłużyły się coraz bardziej. Janek obserwował ruch na dworcu, analizując dyskretnie ale i nerwowo każdego człowieka, przechodzącego w odległości mniejszej niż 15 metrów od niego. Szczególne napięcie wzbudzali w nim przechodzący mundurowi: Kripo, Gestapo, SD, żołnierze, a nawet funkcjonariusze RAD lub młodzi z HJ. Nie mógł wprost uwierzyć, że wywiad wystawił go na taką próbę! Przecież można było się spotkać z wyznaczonym człowiekiem w innym miejscu, gdzieś na uboczu. Choć może w tym tłumie i zgiełku faktycznie spotkanie będzie miało mniej oficjalny, nie rzucający się w oczy charakter.
__________________________________________________________________________________
Po niemal całonocnej podróży, ostatni raz przesiedli się na dość zdezolowany podmiejski pociąg w Tuluzie. Pomimo zmęczenia, Janek nie mógł oderwać oczu od krajobrazów, które choć nieco uśpione łagodną w tej części kontynentu zimą, magnetyzowały. Kilometrami ciągnęły się nie ukwiecone jeszcze pola lawendowe, winnice i małe prowincjonalne domki. Kobieta z dwójką dzieci, jadąca z miasta z koszami pełnymi zakupów, poczęstowała go bagietką. Ułamał kawałek i ze smakiem zjadł, podczas gdy Bradl znów ucinał sobie drzemkę. Kobieta z wyraźną troską patrzyła na nich, odzianych w zimowe płaszcze, które w Paryżu były adekwatne do warunków pogodowych. Tutaj jednak wszyscy nosili się dużo lżej, w swetrach, wiatrówkach, a nawet samych flanelowych koszulach.
- Panowie pewnie z daleka? – spytała, patrząc na Janka.
Zanim zdążył odpowiedzieć, Bradl wydawał się nie tyle nagle zbudzić ile być cały czas bezwzględnie czujnym.
- Z północy – uśmiechnął się do kobiety, odsuwając z oczu na czoło kaszkiet – Jedziemy z kuzynem do naszego wuja.
- W Paryżu Niemcy... – rzuciła zagadkowo – Jak się żyje po tamtej stronie?
- Da się wytrzymać – odpowiedział, nie dając Jankowi dojść do głosu – Ciężko z żywnością i towarami pierwszej potrzeby. U was tu luksusy – spojrzał na jej kosze i roześmiał się.
Kobieta wyciągnęła połowę bagietki, której nie zjadła z dziećmi i kawałek sera pleśniowego. - Na zdrowie – powiedziała, podając prowiant Bradlowi.
Wczesnym rankiem minęli miasto Perpignan u podnóży Pirenejów, a po kilkunastu minutach pociąg wjechał na niewysoki klif, z którego w oddali rozciągał się widok na połyskujące porannym słońcem Morze Śródziemne. Janek nie odrywał wzroku od ogromu błękitnego morza, dopóki Bradl nie szturchnął go w ramię mówiąc krótko: „Zbieramy się”.
__________________________________________________________________________________
Państwo Montiglac okazali się być charakterystyczną dla tego regionu rodziną z południowym temperamentem. Pani Marta Montiglac z pochodzenia była Polką, dlatego właśnie siatka wywiadowcza Bradla miała u niej bezpieczną metę w drodze przerzutowej dla kurierów i ewakuowanych z Rzeszy. Była bardzo pogodną ale także pełną wigoru i energii kobietą po czterdziestce. Z całą pewnością można było uznać ją za Słowiankę, gdyż jej ciemne, gęste włosy i błękitne oczy były tego oczywistym dowodem. Pochodziła z kresów ale od 1922 mieszkała ze swoim mężem, rodowitym francuzem właśnie tu, na południowo-zachodnim krańcu Francji. Jej mąż Pierre, człowiek stanowczy, był jednocześnie bardzo rodzinny i uczuciowy. W codziennych głośnych sporach, jakie toczyli przy stole od rana, zawsze w końcu jej ustępował, wychodząc z jadalni z ostentacyjnym trzaskiem obłupanych od tego typu rytuałów drzwi. Był mężczyzną dużej postury, z wyżyłowanymi przedramionami, wyrobionymi od sieci rybackich.
Jedynym owocem ich związku była 18letnia córka Desire. Czy państwo Montiglac już przy porodzie wiedzieli, że to imię będzie najlepiej oddawać jej niespotykany urok? Takie pytanie zadawał sobie każdy, kto widział ją po raz pierwszy. Posiadała urodę i sylwetkę matki, ale ciemną południową karnację odziedziczyła po ojcu, podobnie jak jego uczuciowość i charakterystyczną stanowczość. Janek często łapał się na tym, że wodził za nią wzrokiem.
__________________________________________________________________________________
- Ależ to był nalot! – opowiadał podekscytowany Anatol – Puściliśmy z dymem pół miasta.
- Zrobiliście więc Hitlerowi piękny prezent na urodziny – zażartował Janek.
Anatol przybrał jednak niespodziewanie dość tajemniczego wyrazu twarzy, jakby miał za chwile ujawnić dopiero najciekawszą część tej historii.
- Te skurwiele nie spodziewały się nas 150 kilometrów na północny-wschód – opowiadał dalej – Ściągnęli do Berlina wszystkie siły przeciwlotnicze, a tu masz... Pierdyknęliśmy im Stettin. Pełne zaskoczenie.
Janek gwałtownie przełknął ślinę.
- Jak to Stettin?! – spytał błyskawicznie – Zbombardowaliście Stettin?
- I to jeszcze jak! Mówię ci, nad Odrą wszystko poszło w dym! – Anatol nie tracił animuszu – To była zaplanowana akcja. Nie mieli nawet czasu, żeby poderwać swoje myśliwce. Parę naszych poleciało nad Berlin, żeby zrobić zasłonę, a główny nalot poszedł w całości na Stettin. Cały port i pół miasta w ogniu.
- Rany boskie! – Janek nie wiedział jak się zachować.
Anatol na taką reakcję, zapadł w konsternację.
- Coś się stało? – spytał.
__________________________________________________________________________________
Spojrzał w kierunku schronu, potem na okna swojego pokoju. Po chwili budynek zaczął osuwać się i rozsypywać, jak domek z kart. Uciekał co sił w nogach, by cegły go nie dosięgły. Dwóch ludzi, których w ciemnościach nie mógł rozpoznać, wypadło bezwładnie z okien na piętrach, ktoś inny wzywał pomocy. Przemieszane okrzyki dochodziły z każdej niemal strony bazy. Ogrom zniszczeń był całkowicie porażający.
Najbliższe zejście do schronu znajdowało się za budynkiem, który stał się już tylko zwalonym gruzowiskiem. Musiał jednak udać się w tamta stronę. Po chwili ledwie dosłyszał przytłumione okrzyki z gruzowiska, wzywające pomocy. Podbiegł w tamta stronę, a widok jaki ukazał się jego oczom, był zatrważający. Kapitan Grass w nocnej białej koszuli, pokrytej gęstą czarną krwią leżał pod jedną ze stert gruzu. Odkopanie go na pierwszy rzut oka było możliwe, więc bez zastanowienia zaczął zrzucać kolejne belki i cegły, starając się uspokoić swojego przełożonego: „Spokojnie kapitanie, odkopię pana”. Dopiero gdy odsłonił pierwszą warstwę, dostrzegł, że potężna stalowa bela ze stropu niemal odcięła tułów od nóg na wysokości jego bioder. Usunięcie jej spowodowałoby natychmiastową śmierć.
- Fritz – wyszeptał Grass ledwie słyszalnym w ogromnym rumorze bombardowania głosem – Zostaw... To nie ma sensu...
- Niech się pan nie martwi kapitanie, zaraz poszukam lekarza – panicznie chciał mu pomóc.
Grass jednak podniósł w górę prawą dłoń na znak protestu.
__________________________________________________________________________________
Widok zawalonych kamienic i nie uprzątniętych jeszcze do końca ulic w okolicach śródmieścia, którymi podążał, nie robił już na nim żadnego wrażenia. Starał się nie zwracać na to uwagi, spoglądając prosto w słabe już promienie wrześniowego słońca. Przyzwyczaił się, jak niemal każdy mieszkaniec miasta, do coraz bardziej ponurego widoku, jakim były nie tylko zapadłe kamienice i wyrwy, straszące pustką wśród szeregu zabudowań, ale także do przytłaczającego widoku ludzi, proszących na ulicy o jakiekolwiek wsparcie. Gdyby się głębiej zastanowił, pomyślałby, że właściwie, czuje do nich odrazę. Do niedawna dumni i szczęśliwi mieszkańcy wielkiego Stettina, w coraz większej mierze stawali się obrzydliwymi i śmierdzącymi żebrakami.
- Błagam o pomoc! – jedna z siedzących pod ścianą częściowo zawalonej kamienicy kobiet, podeszła do niego szybkim krokiem – Nie mam co dać dzieciom do jedzenia.
Spojrzał na nią wściekle i pogardliwie. Złapała go za nogawką idealnie skrojonego i świeżo oczyszczonego, galowego munduru SS w czarnym kolorze. Na nogawce zostały białe drobne ślady jej ręki. Widząc to, wezbrała w nim wściekłość. Nie ubrał się dzisiaj galowo na spotkanie z jakąś żebraczką!
- Jak śmiesz?! – ryknął z nienawiścią, kopiąc ją z animuszem w pochyloną nisko głowę – Spierdalaj, mendo!
__________________________________________________________________________________
Ostatnie pakunki zostały załadowane na furmankę z dalszego sąsiedztwa, która zabierała wszystkich niemieckich obywateli, osiedlonych we wsi Sarnowo, na dworzec w Bydgoszczy. Nie było ich wielu, tylko z kilku gospodarstw, a jednak dobytek, jaki zabierali ze sobą sprawił, że stara klacz ledwie ciągnęła powóz, dysząc ciężko. Państwo Kirm w pośpiechu, można powiedzieć w popłochu, pakowali ostatnie walizki i żegnali się z rodziną Konraskich.
Największymi emocjami nacechowane było pożegnanie Jacoba z Łucją. Ten młody Niemiec okazał się być bardzo daleki ideowo od przesiąkniętego nazistowską propagandą ojca i podobnie odległy emocjonalnie od nadgorliwej i władczej matki. Z czasem ich wspólnego niemiecko-polskiego pomieszkiwania na gospodarstwie, to właśnie on był ogniwem łagodzącym wszelkie swady i spory pomiędzy Kirmami, szczególnie Marthą, a Konarskimi.
Łucja, choć nigdy oficjalnie tego nie przyznała, oceniała Jacoba bardzo pozytywnie i nie były jej obojętne jego skryte, czułe słowa i komplementy w jej kierunku. Nigdy jednak nie pozwoliła sobie na zbyt wiele. Taka relacja była skazana na porażkę, bez względu na to, co by ich połączyło.
- Jedź z nami! – prosił gorliwie, wiedząc, że jest to dość absurdalna propozycja – Przekonam matkę, że musisz z nami jechać. Jeszcze jest szansa, proszę cię, Lucja!
__________________________________________________________________________________
26 kwietnia był dniem, w którym wszystko ucichło. Intensywny ostrzał ze strony umocnień miejskich, który regularnie niszczył stawiane od nowa, kolejne przeprawy pontonowe przez wschodnia Odrę, całkowicie zamarł. Po obu stronach głównego nurtu rzeki panowała przenikająca cisza. Nawet pojedyncze poranne wybuchy, które były próbą ostatecznego zniszczenia miasta przed wejściem Armii Czerwonej, całkowicie ucichły do południa. Miasto było gotowe i z posępną ciszą, przepełniającą swoje ruiny, oczekiwało na przejęcie. Poranny ostrzał w kierunku Lastadie i nabrzeża, nie spotkał się z żadną odpowiedzią ze strony Niemców. Zdobyty przyczułek w Scheune, gdzie Sowieci dokonali wyłomu kilka dni wcześniej, również milczał. Zwiadowcy, którym udało się przeniknąć w okolice miasta donosili, że nastąpił całkowity odwrót wojsk obronnych.
Dowódca 65. armii wchodzącej w skład II Frontu Białoruskiego, generał Paweł Batow od rana siedział zasępiony w swojej prowizorycznej kwaterze w jednym z mieszkań budynku mieszczącego się na wschodniej stronie Lastadie, gdzie co chwila donoszono mu raporty o sytuacji na przedmieściach. Niepokoił go ten absolutny spokój. Przecież powinni bronić się do ostatniego żołnierza, a wszystko wskazywało na to, że Festung Stettin, został po prostu opuszczony przez wojsko. Dopiero około południa przyszedł zadziwiający meldunek, którego jednak Batow najwyraźniej oczekiwał.
__________________________________________________________________________________
Ulice Łasztowni były opustoszałe, nawet patrole radzieckie pojawiały się tu po zmroku bardzo rzadko. Mężczyzna, poruszający się między częściowo zniszczonymi zabudowaniami, niczym nie odróżniał się od zwykłego cywila, poza tym, że był ogromnej postury. Był sam. Podążał w kierunku Kirchenstrasse, gdzie ciągnął go jego zwierzęcy niemal zew.
Właściwie nie planował udania się w miejsce, do którego podążał - do mieszkania na pierwszym piętrze zawalonej kamienicy, ale widok z poprzedniego dnia nie dawał mu spokoju. Zobaczył wtedy kobietę z którą, mimo jej całej nienawiści, był blisko, bardzo blisko. Co tu dużo mówić, pieprzył ją i było to tak niesamowicie miłe wspomnienie, że ponowne ujrzenie tej piękności, obudziło w nim uśpiony instynkt. Co ciekawe i co bardziej dla niego wzburzające, kobieta ta była w towarzystwie jakiegoś radzieckiego majora. To dopiero niespodzianka! Z nim, prawdziwym hitlerowskim patriotą nie chciała, ale z majorem czerwonoarmistą szła pod rękę! Nie, absolutnie nie mógł odpuścić sobie dzisiejszej wizyty.
Był wprawiony w poruszaniu się w ciemnościach. Od wielu dni nie robił praktycznie nic innego. Z podporządkowaną sobie grupą esesmanów w cywilach, zajmował się nocnym wysadzaniem obiektów przemysłowych, głównie w okolicy stoczni, gdzie nadal pozostawało niezniszczonych wiele przemysłowo przydatnych urządzeń i budynków. Udało im się też zaatakować kilka razy patrole radzieckie, a nawet zabić, lub przynajmniej ciężko ranić kilku Sowietów.
*************************************************************************************
Perła Europy - wybrane fragmenty
09-02-2010, 09:33:47
__________________________________________________________________________________
Gdy naczelnik zobaczył niewielki pistolet z długą lufą skierowany w swoją stronę, był zupełnie zaskoczony.
— Co pan wyprawia?! — krzyknął do klienta, z którym zszedł do pomieszczenia
skrytek bankowych.
— Zamknij się, durniu! — rozkazał mężczyzna, którego kapelusz cały czas przesłaniał twarz, rzucając cień na oczy i część nosa.— Teraz grzecznie otworzysz te duże drzwi!
Bruno Steiner był przerażony. Słyszał już o napadach na banki, które zdarzały się coraz częściej, ale nigdy nie sądził, że właśnie tu może dojść do czegoś takiego. Jest tyle banków w tym mieście, do diabła! — pomyślał przelotnie. W myślach przewijała mu się cała jego kariera w tej instytucji.
— Ja nie mam klucza do skarbca… — zaczął tłumaczyć, jąkając się przy tym ze strachu.
— Nie masz klucza? — z szyderczym uśmiechem odpowiedział mężczyzna. — W takim razie ja nie mam czasu na zabawę z tobą.
Mężczyzna podszedł do naczelnika, przyłożył mu pistolet do kolana i przysunął twarz do jego twarzy. Z ust napastnika naczelnik poczuł nieprzyjemny odór przetrawionego alkoholu.
____________________________________________________________________________________
Do każdego wagonu pociągu weszło kilku umundurowanych mężczyzn. Walenty przyglądał się im uważnie przez okno i już wtedy dostrzegł, że z trójki mundurowych, która wsiadła do ich wagonu, tylko jeden mężczyzna miał na sobie ciemnoniebieski mundur celnika niemieckiego.
Pozostali dwaj ubrani byli w charakterystyczne brunatne koszule, a na ramionach mieli czerwone opaski ze swastyką. Skrupulatny celnik poprosił Walentego o dokumenty, po czym przyjrzał się im, spoglądając kilkukrotnie na podróżnych. Natomiast pozostali dwaj z wyraźną pogardą spoglądali w ich kierunku. Walenty nie pozostawał dłużny i z pozą prawdziwego szlachcica, nieco spod byka, wpatrywał się prosto w twarze SA-manów.
Doskonale wiedział, że były to bojówki NSDAP, do których często przyjmowano najgorsze szumowiny i kryminalistów. Po oględzinach dokumentów celnik oddał je Walentemu i podziękował, odsalutowując. Jeden z SA-manów był jednak wyraźnie niezadowolony z górującej postawy Walentego i na koniec rzucił złośliwie w jego kierunku:
— Masz szczęście, polska świnio! — ...Po czym odwrócił się i wyszedł z przedziału za pozostałymi funkcjonariuszami.
______________________________________________________________________________________
Martin spędził niemal cały dzień na wyglądaniu przez duże, podwójne okno swojej sali. Spokojnie analizował sytuację, siedząc na swoim łóżku, do którego ramy przykuty był kajdankami za lewy nadgarstek. Widok z okna sprawiał mu niezwykłą radość. Wreszcie mógł obserwować innych ludzi, popatrzeć na pełną o tej porze roku zieleni trawę, a co najważniejsze — widok nie był niczym skrępowany, nie było tu żadnych krat. Miał niemal otwartą przestrzeń do oglądania życia szpitalnego na dziedzińcu wewnątrz kompleksu. Widok ten coraz bardziej uzmysławiał mu, jak bardzo był zdesperowany dążeniem do wolności. Część jego planu już powiodła się — był w szpitalu. Teraz musiał na bieżąco oceniać sytuację. Cały czas kontrolował, co robi strażnik, z którym nawiązał nić porozumienia podczas drogi do szpitala. Jak zauważył, strażnik był uzbrojony zarówno w pałkę policyjną, jak i pistolet. Mimo to wyczuwał w nim jakąś słabość. Jego wieloletni pobyt w więzieniu i wcześniejsze trudne kontakty z półświatkiem i drobnymi złodziejaszkami nauczyły go oceniać ludzi, a szczególnie stróżów prawa. W ostatnich latach miał do czynienia właściwie tylko z nimi i z innymi przestępcami. Strażnik pilnował sali, siedząc na krześle przy drzwiach wejściowych. Zaglądał do sali co pół godziny, tak jak obligowały go do tego przepisy postępowania z więźniami. Martin za każdym razem próbował go zagadywać. Wiedział, że nie ma zbyt wiele czasu. Niedługo nastąpi zmiana warty, dlatego musi szybko uśpić jego czujność, a potem wykorzystać okazję.
_______________________________________________________________________________________
— Jemu i tak nic nie zaszkodzi — skwitował Martin, wskazując na chorego więźnia leżącego na łóżku obok. — Próbowałem z nim rozmawiać. Kompletnie nieprzytomny. Kto go tak urządził?
Strażnik podsunął paczkę pod nieskrępowaną rękę Martina, a ten wyciągnął papierosa.
— Te warchoły z SS — odpowiedział z obrzydzeniem Ludwik — Był na przesłuchaniu
w Vulkanie.
— Jak to w Vulkanie? — zdziwił się Martin. — Mówi pan o stoczni?
— Tak, obecnie nieczynna stocznia służy nazistom do, jak oni to nazywają, celów wychowawczych — tłumaczył z obrzydzeniem Ludwik. — Ludzie nazywają taki pobyt
na terenie obozu w Vulkanie „wulkanizacją”.
Martin był szczerze zdumiony słowami strażnika. Nie sądził w najgorszych myślach, że obecna władza dopuszcza się oficjalnie takich zbrodni.
— Wulkanizacją?! — krzyknął — Ten przestępca też był wulkanizowany?
— Tak — odpowiedział z przejęciem strażnik i pochylił się w stronę Martina, ściszając tembr głosu — powiem ci coś więcej — to nie jest żaden przestępca.
— A kto?
— Dr Homann, dyrektor towarzystwa ubezpieczeniowego — odpowiedział konspiracyjnym tonem.
— Za co go tak pobili?
Ludwik uśmiechnął się pod nosem z wyrazem zrozumienia.
— Wiem, że wydaje się to absurdalne, ale oni po prostu wzięli go na wulkanizację, żeby wyciągnąć od niego kasę. To bogaty i porządny człowiek. Często pod byle pretekstem aresztują i torturują ludzi, aby wyciągnąć od nich pieniądze.
_______________________________________________________________________________________
Doszedł do miejsca na nabrzeżu, w którym przycumowany był dziób statku. Napis na burcie nie budził żadnych wątpliwości: Monticello. Do diabła, to przecież Kaiser Wilhelm II! — ocenił z zachwytem. Karl jako człowiek doskonale obeznany w stoczniowym i morskim fachu, wiedział, że nazwa Monticello została nadana parę lat temu jednemu z najsławniejszych na świecie czterofajkowców, które zostały zbudowane w stoczni Vulkan na początku wieku. Obecnie pływał pod banderą USA. Z niedowierzaniem zatrzymał się i przyglądał ogromnej konstrukcji statku. Podziwiał jego niesamowite rozmiary — statek zajmował nabrzeże na niemal całej długości Tarasów Hakena. Sylwetki czterech potężnych kominów górowały nad całym nabrzeżem.
__________________________________________________________________________________
Uwagę Walentego przykuł jednak inny nagłówek w gazecie. Był to artykuł o Polakach. Przecierał kilkukrotnie oczy ze zdumienia, czytając go. Pisano w nim o zrabowanych Rzeszy ziemiach, o nieuczciwym potraktowaniu Niemiec przez Traktat Wersalski oraz o „Polactwie”, które szerzy się na niemieckim Pomorzu. Boże, to niemożliwe — niedowierzał, zagłębiając się w lekturze. W Polsce nie docierały do niego tak negatywne nastroje niemieckie dotyczące jego narodu. Im dalej czytał obszerny propagandowy artykuł, tym bardziej jego zdumienie i przerażenie rosły. Nawiązywano w nim także do przemówienia gauleitera na Pomorzu, Wilhelma Karpensteina, który otwarcie stwierdza, że polityka niemiecka musi być nakierowana na odzyskanie ziem na wschodzie kraju. Walenty poczuł falę gorąca, jaka przetoczyła się po jego plecach.
___________________________________________________________________________________
Inga na te słowa odruchowo obróciła się w stronę drzwi do gabinetu. Bruno jednak zaraz po tym, jak wstał od biurka, skierował się w stronę przeciwną, podchodząc do ściany za biurkiem, gdzie znajdowały się niezliczone szeregi książek w ogromnych gablotach. Wyjął jedną z nich, ulokowaną przy ścianie bocznej, po czym w powstałe po niej wolne miejsce wsunął rękę z kluczem. Inga patrzyła na wszystko z coraz większym zdziwieniem. Będąc tu tyle razy z wizytą u ojca, nigdy nie przypuszczała, że gabinet kryje takie tajemnice. Jej zdziwienie sięgnęło zenitu gdy Bruno po prostu popchnął niewielką część gabloty, a ta wsunęła się do środka, ukazując kolejne pomieszczenie za ścianą książek. Dopiero w tym momencie Bruno odwrócił się w jej stronę.
— Zapraszam — oznajmił, wykonując ręką gest w kierunku nowo ujawnionego pomieszczenia.
____________________________________________________________________________________
Wynurzająca się z ciemnych chmur sylwetka samolotu ucieszyła Ingę. Pomimo południowej godziny na dworze było bardzo pochmurno i niemal ciemno. Pojawienie się samolotu było zwieńczeniem działań, które podjęła w ostatnim czasie, aby uratować przyjaciela jej ojca — Bruno Tetmeiera. Jego aresztowanie i osadzenie w obozie koncentracyjnym nieopodal Stettina było szokiem dla niej i dla wszystkich członków nieistniejącej już oficjalnie loży masońskiej „Pod Trzema Cyrklami”. Nie pomogła nawet jej interwencja u samego gauleitera Karpensteina, który okazał się zwykłą faszystowską świnią. Obraził ją na zakończenie spotkania w siedzibie NSDAP przy Bramie Królewskiej, mówiąc: A może powinniśmy zająć się również panią? Córka tak wpływowego fotografa i masona Maxa Dreblowa może być interesującym obiektem dla naszych śledczych z Gestapo.
____________________________________________________________________________________
Szuflada biurka otworzyła się gwałtownie. Adrian sięgnął po skórzany pejcz z niewielkimi węzełkami na końcach. Podszedł szybkim krokiem do Bruna i zamachnął się z całej siły. Końcówki batów sięgnęły jego szyi i ramion. Ten zawył cicho z bólu, ale siedział nadal w takiej samej pozycji na kanapie, milcząc. Adrian zamachnął się po raz kolejny, po czym podszedł do więźnia i zrzucił go silnym ruchem na podłogę. Bruno przewrócił się twarzą w dół, a komendant wymierzył mu pięć kolejnych batów, jeden po drugim, z ogromną zaciętością i wściekłością. Przez dziury w pidżamie pociekła strużkami krew.
— Siadaj — powiedział, jakby nieco uspokojony widokiem krwi.
____________________________________________________________________________________
Dzień po wizycie dziennikarza BBC w obozie KZ Sonnenburg, w siedzibie głównej SS w Berlinie rozpętała się istna burza. Sam Führer wykonał pilny telefon do szefa Gestapo w Berlinie SS-Standartenführera Rudolfa Dielsa, wzywając go do siebie i nakazując zrobienie porządku z obozem w Słońsku. Pomimo że Hitler nie wyraził się jasno co do losów obozu, Diels wiedział, że będzie musiał zrobić przynajmniej czystkę personalną.
____________________________________________________________________________________
Cały tłum zamarł. Ci, którzy mieli gorsze miejsca, sięgnęli w większości po podręczne lornetki. Kto nie posiadał żadnego sprzętu optycznego, starał się ręką przesłonić sobie oczy przed ostrymi, choć zimowymi promykami słońca, aby lepiej widzieć statek i dostrzec sylwetkę młodej matki chrzestnej.
— ... Niniejszym nadaję ci imię Tannenberg — krzyknęła przejęta swoją rolą Gertruda von Hindenburg, po czym zamachnęła się butelką szampana uwiązaną na długim sznurku.
Szampan rozbił się o burtę z hukiem, zostawiając pieniącą się plamę. Cały tłum zaczął wiwatować. Nawet ludziom, którzy przyszli tu, węsząc jakąś sensację, udzielił się niezwykły nastrój radości.
____________________________________________________________________________________
Stettin przygotowywał się do przyjęcia Hitlera od kilku miesięcy. To jednak dzisiejszy dzień, 12 czerwca, miał być zwieńczeniem wszelkich starań, jakich podejmowało się kierownictwo NSDAP w mieście, służby mundurowe, policyjne, Gestapo, SS i SA oraz młodzież ze szkół, głównie w mundurach Hitlerjugend. Wszystkie te formacje i ugrupowania postawiły sobie za cel maksymalne uświetnienie wizyty Führera w ich rodzinnym mieście. Urząd Prowincji Pomorskiej z nadburmistrzem Wilhelmem Faberem na czele przygotował na tę okazję uroczystość wręczenia Hitlerowi honorowego obywatelstwa miasta, nadanego mu już w roku 1933.
____________________________________________________________________________________
Fritz wiedział, że Albert wystawił go na próbę. Miał jednak wrażenie, że było to wyzwanie ponad jego siły. Drzwi do celi zostały otwarte, a w niewielkim pomieszczeniu pod oknem ukazała się prycza, w której leżał rosły mężczyzna. Promienie słońca wpuszczały smugi światła zza zakratowanych okien. Kiedy weszli do środka celi, mężczyzna miał zamknięte oczy. Dopiero po chwili Fritz dojrzał jego twarz, częściowo przykrytą kocem. Rozpoznał ją od razu, choć była wyraźnie zmieniona.
*************************************************************************












